wtorek, 9 lutego 2016

Merzouga - noc pod milionem gwiazd

Kiedy przygotowywałam swój wyjazd do Maroka, przeglądałam inne blogi i fora, aby wiedzieć, gdzie warto się udać. Każdy pisał, że noc na pustyni jest niesamowita. Pomyślałam sobie, że rzeczywiście fajnie musi być zobaczyć rozgwieżdżone niebo, jednak to, co zobaczyłam przekroczyło moje oczekiwania. Kiedy wyszłam po kolacji z namiotu, z moich ust wydobyła się od razu mała oznaka zachwytu ;) Ale zacznijmy od początku.


Jak już wspomniałam w poprzednim poście, z Fezu jest idealne połączenie do Merzougi. Supratour jedzie nocą, aby o 8 być już na miejscu i mieć cały dzień na zwiedzanie (pustyni, bo wiele więcej w mieście nie ma). Nasz autobus się pospieszył, bo na miejscu już byliśmy po 6. 


Czytałam, że nie ma sensu rezerwować wcześniej wypadu na pustynię, gdyż na przystanku już będą czekać naganiacze i zawsze można się targować. Nasz naganiacz czekał już w autobusie, wsiadł na jakimś wcześniejszym przystanku i szukał ludzi bez planu. Wypad na pustynię, noc pod gwiazdami - 300 DH. Była to cena, którą wcześniej między sobą uzgodniliśmy (po analizie informacji na forach i blogach), więc przystaliśmy na propozycję naszego nowego przyjaciela. Zapakowali nas w terenówkę i wywieźli do swojego hotelu.

Poczęstowali nas herbatą, porozmawiali, ale bez żadnych konkretów. Po niecałej godzinie przyszedł do nas właściciel hotelu. Opowiedział jak będzie wyglądała wycieczka na pustynię, gdzie jest osada, a następnie podał cenę... 650 DH za osobę! Czyli ponad dwukrotnie więcej niż umawialiśmy się z osobami, które nas zwerbowały. Patrzę na mojego znajomego. Cisza. Zaczynam walkę, tłumacząc, że on rozmawiał z tamtymi kolesiami i ustaliliśmy inną cenę. Arabowi chyba średnio się spodobało, że kobieta przejmuje inicjatywę i stwierdził, że to cena podstawowa, a on nam oferuje o wiele więcej. Nie odpuściłam i zaczęłam szukać innych argumentów - powoływałam się na znajomych i na opinie w internecie. Na wszystko miał kontrargument, ale obniżył cenę do 500 DH. Wciąż była odległa od tego, co sobie założyłam.
Zapytał, ile w takim razie jesteśmy w stanie zapłacić. Mój znajomy stwierdził, że 450 DH i Arab podał mu rękę, aby przypieczętować ofertę. Nawet nie wiecie jak w momencie zrobiłam się zła. Uzgadnialiśmy cenę 300 DH, a on przyjmuje cenę o połowę wyższą. Miałam ochotę wstać, tupnąć nogą, trzasnąć drzwiami i wyjść. Tylko był problem - nie było tam drzwi. No może też taki, że byłam na środku pustyni i nawet nie wiedziałam, w którą stronę iść.
Arab wyciąga w moją stronę rękę, żeby przypieczętować umowę i mówi :"No to jedziemy!". Może u nich jest inaczej, ale ja decyduję sama o sobie, więc odpowiedziałam: "Chyba jedziecie?! Ja na nic się jeszcze nie zgodziłam!". Negocjuję dalej, rezygnując przy tym z jedzenia (objawów zatrucia już nie miałam, ale miałam wrażenie, że mój żołądek tylko czeka, aż coś do niego włożę). Zeszłam do 380 DH. Czy dr K. byłaby ze mnie dumna? Ja z siebie tak średnio, ale już miałam dosyć tych negocjacji.





Kilka godzin na sen i doprowadzenie się do porządku i możemy ruszać. Teraz kilka słów odnośnie jazdy o wielbłądzie. Wielbłąd jest o wiele wyższy od konia i wsiadanie na niego nie jest takie proste. Może bardziej nie jest przyjemne, bo wsiąść na leżącego wielbłąda nie jest trudno (aczkolwiek dla niektórych nadal to może być dosyć wysoko i będą potrzebowali podsadzenia). Wielbłąd wstając podnosi najpierw do połowy przednie nogi, później staje na tylnych i całkowicie na przednich. Jak widzicie jest trochę kołysania. Mnie przy pierwszym wsiadaniu wzięli trochę z zaskoczenia. Myślałam, że mnie uprzedzą czy coś, więc się odwróciłam, aby zobaczyć czy mój znajomy już wsiadł. A tu nagle hop hop hop i znienacka ostro mną zabujało.
Druga sprawa, zawsze wybierajcie wielbłąda z dużym siodłem. W drodze do osady jechałam na takim małym zakrywającym jedynie garb. Było mi niewygodnie, nie wiedziałam jak trzymać nogi, żeby biedaka nie kopać. W drodze powrotnej miałam innego wielbłąda z wielkim siodłem - duża różnica.
I niech was też nie zmyli ich słodki wygląd. Gdy wracaliśmy kolejnego dnia do hotelu, wielbłąd za mną podszczypywał mojego. W rezultacie  mój wierzgał, kilkakrotnie siadał i wstawał bez ostrzeżenia. Nic przyjemnego!






Wracając do naszej podróży, wiecie co było w obozie? Koty! Wiem, że w Maroku jest ich całe mnóstwo, ale nie wiedziałam, że znajdą się na środku pustyni. Ciekawe jak ogarniają tą kuwetę ;)



Kolejną rzeczą, którą można zauważyć na pustyni jest... cisza. Nie ma szumu samochodów, odgłosów rozmów, śpiewu ptaków czy choćby liści poruszanych przez wiatr. Nic. Jest cisza. Dla niektórych może to być traumatyczne przeżycie i nadmiar bodźców odczuwalnych z wewnątrz może być przytłaczający. Mnie te cisza, po nadmiernie głośnych miastach, była potrzebna. Lubię też takie momenty, gdzie mogę wsłuchać się w siebie i nie jest mi potrzebne nic więcej.

Przyszedł czas na zachód słońca. Skąd można lepiej go lepiej zobaczyć, jak nie z czubka wydmy! Mieszkając w okolicy Alp, często chodziłam przejść się po górach, więc myślałam, że wejście na wydmę nie jest problemem. Jednak u mnie dało o sobie znać to, że był to mój już 6 dzień bez jedzenia. Nie miałam sił podnosić nóg, które zaraz zapadały się w piasku, szybko łapałam zadyszkę. W połowie siadłam i miałam ochotę się rozpłakać, i mieć gdzieś ten zachód słońca. No ale ze mnie jest uparciuch, który tak łatwo nie daje za wygraną, więc w końcu się wgramoliłam na ten czubek i zobaczyłam końcówkę zachodu.








Na kolację był tajin. Beduin wszedł do namiotu z glinianą misą, a zaraz za nim do namiotu wbiegły koty. Poczuły jedzenie. Specjalnie dla mnie była zrobiona część z samymi ziemniakami - bez dodatków i przypraw. Był to jeden ze smaczniejszych tajinów, chociaż i tak większość dałam kotom. A był tam też jeden taki malutki, może 6-tygodniowy, który ukrywał się między poduszkami

I teraz pora na najlepsze, czyli wieczór pod gwiazdami. Wiecie już, że widok był tak piękny, że automatycznie wydałam z siebie zachwyt ;D Niestety nie byłam w stanie uwiecznić tego widoku na zdjęciu, ale uwierzcie mi, nie byłby on nawet w połowie tak wspaniały. I jestem pewna, że w przyszłości jeszcze kiedyś wybiorę się na pustynię, aby spędzić tam noc. 
I widziałam co najmniej 3 spadające gwiazdy! Były tak piękne, że nawet nie pomyślałam o życzeniu, które mogły by spełnić. [Aż sobie przypomniałam, jak 2 lata temu poszłam w noc perseidów nad rzekę (nieoświetlona część miasta). Byłam tam razem z bezdomnymi, listą życzeń i nie widziałam spadających gwiazd]. Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, i podziwiać. Jedynym minusem było zimno. Jakieś 8, może 10 stopni. Miałam na sobie wszystkie możliwe warstwy, które z sobą wzięłam, ale i tak było zimno. Wtedy z pomocą przyszły mi koty. Usiadły na kolanach i tak się zwinęły, że nawet nie widać, że 2 mam na kolanach. I nie chciały odejść, kiedy stwierdziłam, że już pora iść do namiotu.



Namiot był tylko do naszej dyspozycji, a co za tym idzie dodatkowe koce. W pierwszy zawinęłam się niczym burrito, a drugim i trzecim dodatkowo nakryłam. Naszykowałam się do spania, kiedy usłyszałam lekko osuwający się piasek. Telefon w dłoń, poświeciłam i zauważyłam, że koty się wkradły do namiotu. Więc co zrobiłam? Odkryłam koc i pozwoliłam im się wczołgać. Chyba dawno nie było im tak ciepło, bo co jakiś czas wyczołgiwały się. Mnie też było ciepło. Dodatkowo miałam atrakcje muzyczne w postaci mruczenia. Słyszeliście, że kocie mruczenia ma taką częstotliwość, że m.in. przyspiesza zrastanie się złamanych kości? Ja następnego dnia poczułam, że chyba dam radę już coś zjeść.



Rano pobudka była po 6, aby zdążyć na autobus. Mała walka ze zezłoszczonymi wielbłądami i wracaliśmy do hotelu, gdy za naszymi plecami wschodziło słońce. Szkoda, że nie było okazji zobaczyć tego widoku w pełni, ale jak już mówiłam, na pustynię jeszcze kiedyś wrócę.



Jeśli podróżujecie samochodem, polecam wam się zatrzymać w jednym z muzeów skamieniałości, które są przy drodze między Merzougą a Warzazatem. Do wszystkich atrakcji w Maroku wstęp jest tani, tam pewnie nie przekracza 10 DH. Ja niestety oglądałam je tylko z okien autokaru.


9 komentarzy :

  1. Wspaniałe podróżnicze doświadczenie, na pewno będziesz je zawsze ciepło wspominać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie! Widok tych wszystkich gwiazd to była magia :)

      Usuń
  2. Piękne zdjęcia! Byłam tylko raz w północnej Afryce, dokładnie w Tunezji lecz nie byłam na pustyni. Fajny wielbłąd :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nic straconego :) Wielbłąd sympatyczny, ale nie polubiłam tego środka transportu :P

      Usuń
  3. Chętnie uciekłabym w taką ciszę :)
    cudowne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowite przeżycie :) Polecam!
      Dzięki :)

      Usuń
  4. Nie wiedziałam Kasiu, że prowadzisz bloga! Fajne relacje, świetnie się czyta! A najbardziej zazdroszczę tej ciszy...Pozdrawiam ciepło i na pewno będę tutaj wracać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blogowo jestem aktywna troszkę ponad miesiąc, więc spokojnie mogłaś nie zauważyć ;) Bardzo się cieszę, że Ci się podoba. Ja za to czekam na nowe metamorfozy, jestem ich ciekawa :)

      Usuń
  5. Niesamowite, taka przestrzeń, taki ekstremalnie różny krajobraz od naszego i te możliwości do fotografowania. Siedzę i patrzę i marzę jednocześnie. Super

    OdpowiedzUsuń

Zobacz więcej

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...