poniedziałek, 4 stycznia 2016

Taroudant - miasto murem otoczone

Mieliśmy pełno przeszkód na drodze do Taroudantu! Tylko mój okropny upór sprawił, że w końcu tam dotarliśmy.




Na dworcu znaleźliśmy się o 8, autobus miał odjechać pół godziny później. Oczywiście od razu znalazł nas naganiacz, który sprzedawał bilety. Nie do końca wiedząc, które litery w nazwie mogą być nieme, odczytywałam nazwę jak Taroudant i Tarudant (ta jest poprawna). Pan szybko mnie poprawił i powiedział "Tazut". Nie znając poprawnej nazwy, stwierdziłam, że może to być i Tazut. Pan nam sprzedał bilety za 50 DH, wsadził w autobus o 8.30 i odjechaliśmy. Po ok 15 minutach zdziwiło mnie, że widzę ocean, a powinniśmy się kierować na wschód. Niedługo się wszystko wyjaśniło, obsługa autobusu powiedziała, że jesteśmy na miejscu i mamy wysiadać. Byliśmy w Taghazout! Wysiedliśmy na wąskiej drodze, gdzie były jakieś małe smażalnie ryb z siedzącymi tam surferami.Miałam nadzieję, że może da się w tym mieście spędzić dzień. Weszliśmy na plażę. Plaża jest dosyć ciekawa, stworzona z wielkich skał. Niedaleko lokalni mieszkańcy odławiali ostrygi. To była cała atrakcja tego miejsca. Podjęliśmy decyzję o opuszczeniu miasta i wróciliśmy w stronę 'centrum'. Po drodze zaczepili nas mieszkańcy. Opowiedziałam im swoją historię, poczęstowali mnie kaki i zaoferowali taksówkę z bardzo zawyżoną ceną. Widząc nadjeżdżający autobus, pobiegliśmy do niego. Bilet do Agadiru kosztował nas ... 7 DH. Nieźle daliśmy się wrobić na dworcu.




Postanowiłam nie rezygnować do podróży do Taroudant. Podeszłam do siedzących za mną chłopaków i zapytałam się czy znają angielski. Słabo, ale byli w stanie zrozumieć moje pytanie.  Tym razem nazwę miasta zapisałam na kartce. Jeden z nich stwierdził, że zaprowadzi nas na postój grand taxi i pomoże w negocjacji. Pierwszy taksówkarz był nieugięty 250 DH za podróż w jedną stronę. Mówiłam, że jestem otwarta na podróż pełną taksówką, żeby było taniej. Nie dało się z nim dogadać.  Mój znajomy chciał zrezygnować, ale ja byłam nieugięta. Poszliśmy dalej i nasz przyjaciel załatwił nam podróż za 60 DH, chociaż ostatecznie zapłaciłam 34 DH. Zdecydowanie należało mu się podziękowanie za pomoc, jednak nie chciał przyjąć ode mnie pieniędzy. Pozytywnie mnie tym zaskoczył. Mam nadzieję, że los sprawi, że będę mogła mu się kiedyś jakoś odwdzięczyć :)

Taksówką podróżowaliśmy w 6 osób. Plus kierowca. Z tyłu 4 pasażerów, oczywiście pasów bezpieczeństwa nie było. Było dosyć ciasno, ręce miałam wyciągnięte do przodu, przez co czułam jak moje żebra ocierają się o żebra siedzącej obok mnie dziewczyny. Po półtorej godziny byliśmy wreszcie na miejscu.

Teraz w końcu o samym mieście :)

Taroudant to miasto, którego historia sięga XIII wieku. Początkowo miasto było zamieszkane przez Żydów. Znajdziemy tu cmentarz żydowski i synagogę, w której obecnie mieści się... sklep. Miasto jest otoczone przez 6 km mur, którego elementy pochodzą z XVI wieku. Do miasta prowadzi 7 bram.






Po dotarciu do medyny zaczepił nas miejscowy nauczyciel francuskiego Abdel. Zaczął się pytać skąd jesteśmy i co robimy, a później opowiedział, co można zobaczyć w mieście. Wtedy byłam jeszcze naiwna i pozwoliłam mu na pokazanie nam miasta. Jednak za prawie 4h spacer wziął 40 DH, czyli bardzo niewiele. Podejrzewam, że jednak dostał też coś od właściciela restauracji, do której nas zaprowadził. Nie mogliśmy doprosić się o menu, dostaliśmy dodatkowe rzeczy, których nie zamawialiśmy i rachunek na 90 DH za osobą. Ogólnie nie dużo, ale jak na Maroko, jest to sporo.



Abdel oprowadził nas oczywiście po sklepach swoich kolegów, którzy liczyli, że turyści coś u nich kupią. Nawet mnie przekonywali, że zwiną dywan w małą kosteczkę i spokojnie mogę go zabrać w bagażu podręcznym, a wielką lampę wyślą mi pocztą. Z drugiej strony w Taroudancie warto odwiedzić sklepy. Nie ma tam miszmaszu panującego w Marrakeszu, a przy okazji sprzedawcy opowiedzą wam wiele historii.




Zakochałam się w sztukaterii znalezionej w sklepie z biżuterią. Została ona zrobiona przez właściciela. Zrobiłam z nim deal, że wraca ze mną do Polski na bilecie mojego znajomego i robi mi taką w domu. Niestety transakcja nie doszła do skutku.



Jak wygląda produkcja dywanów? Czym się różnią poszczególne modele? Dlaczego dywany tworzone przez kobiety mają 100-letnią gwarancję, a te produkowane przez mężczyzn tylko 50 lat? Na te wszystkie pytania otrzymacie odpowiedź słuchając historii właściciela poniższego sklepu.






W tym sklepie natomiast mieściła się wspomniana przeze mnie synagoga. Teraz jest to sklep berberyjski, który ma piękne produkty. Warto wejść, żeby pooglądać.





Dotarliśmy też do miejsca, gdzie produkuje się olej arganowy. Rosjanka Anja, która mieszka w Maroku już 15 lat, opowiedziała nam jak wygląda produkcja oleju arganowego. Palmy arganowe rosną wyłącznie w Maroku i tylko na pewnym jego obszarze, pomiędzy Marrakeszem a Essaouirą. Olej spożywczy produkuje się z prażonych orzechów, aby jego smak nie był gorzki. Jest ciemniejszy i bardziej mętny. Kosmetyczny jest jasnożółty. Z 60 kg orzechów uzyskuje się niecałe 3 kg nasion, które następnie się ugniata ręcznie. Z wyprodukowanej mazi można 'wycisnąć' litr oleju spożywczego lub pół litra oleju kosmetycznego. Uzyskane bryłki wykorzystuje się jako pasza dla zwierząt (ze spożywczego) lub jako składnik kremów (z kosmetycznego). Jeśli jesteście świadomymi konsumentami, zachęcam was do zakupu oleju bądź kosmetyku właśnie tam. W odwiedzonym przeze mnie sklepie przy produkcji są zatrudnione tylko kobiety po rozwodzie i wdowy.
Sama również miałam okazję przekonać się jak wygląda produkcja oleju. Byłam tak energiczna, że nawet urwałam rączkę, ale dało się to naprawić, uff.




Warto też poszwędać się po mieście i jego murach. Są elementy nowe, które schodami poprowadzą na punkt widokowy, i są te pochodzące z XVI wieku. Abdel śmigał tam bez problemu w klapeczkach. Mnie przeszkadzała torebka (damska torebka to worek bez dna, moja też może służyć w czasie samoobrony!) i aparat, ale dawałam radę ;)





W Taroudancie znalazłam też rosnący pieprz! Miałam zamiar ususzone nasiona wykorzystać w kuchni, ale moja mama miała na nie inny pomysł. Cóż, pozostaje mi czekać aż roślina zaowocuje :) Na razie sadzonki mają ok. 10 cm (po 3 tygodniach od zasadzenia).





7 komentarzy :

  1. Jestem bardzo ciekawa, jak rośnie. Można takie sadzonki przewozić przez granicę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przywiozłam pieprz w formie owoców (a w sumie już ziarenek, bo się ususzył po drodze) i zasiałam dopiero po powrocie. Nie wiem, co mówią na ten temat przepisy, ale bez problemu przewiozłam też granat (owoc oczywiście :D) i 2 pomarańcze.

      Usuń
  2. Fajny blog. Pozdrawiam i zapraszam do mnie http://najlepsze-filmy-ever.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdjęcia z bazaru z meble i powidło zrobiły na mnie największe wrażenie.Sztukaterie u jubilera magiczne. Aparat przekłamuje, jednak doświadczenie robi swoje. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Piękne wspomnienia pozostają z nami całe życie i są warte każdych pieniędzy :)

      Usuń
  4. Nigdy nie miałam okazji doświadczyć orientalnych klimatów "na żywo", ale mam nadzieję, że jeszcze wszystko przede mną. Mimo, że nie ciągnie mnie jakoś specjalnie w te marokańskie klimaty, to mimo wszystko fajnie byłoby choć raz tam być :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w sumie nie planowałam, samo wyszło :P Zaczęło się od biletów, mam tam znajomych z Erasmusa, więc było łatwiej zdecydować.
      Co prawda nie zakochałam się w oriencie, ale fajnie było to 'doświadczyć'

      Usuń

Zobacz więcej

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...