piątek, 25 grudnia 2015

Maroko - czy jest spoko?

Maroko zdecydowanie jest krajem kontrastów. Widzimy pięknie ubrane osoby, które przechodzą obok bezdomnych. Zapachy potraw, przypraw i perfum mieszają się ze śmieciami i moczem. 

Postanowiłam stworzyć listę rzeczy, które mnie w Maroku zachwyciły, jak i tych, które mnie zniechęciły. Moja lista 'dislike' jest dwukrotnie dłuższa. Nie oznacza to jednak, że żałuję swojej decyzji o wyjeździe! Bawiłam się dobrze, poznałam inną kulturę, sprawdziłam się w nowych sytuacjach. Moja lista jest w zupełności subiektywna, mam nadzieję, że nie zniechęci was do wyjazdu, ale może stanowić wskazówkę na co uważać ;)






Przez co nie polubiłam się z Marokiem?

  • Bałagan jaki panuje na drodze. Nie wiem czy udałoby mi się zrobić prawo jazdy w Maroku. Ba, nawet nie wiem czy odważyłabym się na zrobienie karty rowerowej! Patrząc na to z perspektywy przechodnia ciężko zauważyć reguły. Chyba, że regułę klaksonu. W Polsce człowiek używa klaksonu, żeby wyrazić nim słowa: "Jak jedziesz baranie?!". Tam mają więcej znaczeń, np. "Mam pierwszeństwo", "Będę pierwszy" albo po prostu "Jadę, bippp!". Bycie przechodniem też jest tam nie lada sztuką. Pasy nie obowiązują, ze światłami jest różnie. Przechodzenie przez ulicę skojarzyło mi się z grą komputerową z dzieciństwa - żabka, która przechodzi przez drogę. A myślałam, że w Rosji jest źle!

Na marokańskiej ulicy czułam się jak ta żabka.

  • Chodniki. Chodniki w 99 przypadkach na 100 nie są obniżane przy ulicy. Dlatego też nie spotkacie tam matek z wózkami (wszystkie przywiązują sobie dzieci chustami do siebie). Za to zupełnie nie mam pojęcia jak radzą sobie tam osoby na wózkach czy nawet starsze. W Polsce przeciętny chodnik ma 15 cm wysokości. W Maroku zakładam, że jest to jakieś 30 cm, a zdarzały się i sporo wyższe. Ja, przy swoich całkiem długich nogach, miałam czasami dość. Dodatkowo na wszystkich chodnikach na samym środku jest miejsce na rosnące drzewa. Utrudnia to chodzenie w grupie, wymijanie innych przechodniów i wymusza często schylanie się przed gałęziami drzew.

Piękne, ale niepraktyczne.
  • Śmieci. Śmieci everywhere. Ulice marokańskich miast nie należą do najczystszych. Papierki, worki, skórki po owocach, to bez problemu dostrzeżemy idąc dowolną ulicą miasta. A jeśli zdecydujemy się przejść jego obrzeżamy, zobaczymy i poczujemy liczne nielegalne wysypiska śmieci. Niestety mieszkańcy miasta nie są nauczeni dbania o czystość i możemy zobaczyć kogoś obierającego mandarynkę i rzucającego obierki pod siebie w ... centrum handlowym. Niestety zachowania czystości nie ułatwia brak koszy na śmieci. Sama wielokrotnie wyrzucałam śmieci dopiero w hotelu, gdyż po drodze nie było żadnego kosza (niestety w hotelowych pokojach też ich brakuje).

  • Zatrucie pokarmowe. Niestety mimo bycia przygotowaną, zażywania profilaktycznie leków, płukania zębów wodą mineralną itd, dopadło mnie najgorsze zatrucie w moim życiu. Miałam aż 7 dniowy przymusowy post (no może nie taki całkiem, zjadłam aż 2 banany, 2 mandarynki, jabłko, 1/3 porcji frytek i małą paczkę chipsów - wiem, dwie ostatnie rzeczy wydają się głupim pomysłem, ale mój odwodniony organizm o ciśnieniu umarlaka błagał o sól!). Niestety to w dużej mierze zepsuło mój wyjazd. Nie byłam w stanie już przejść standardowych 25 km, a zamiast rozglądać się wokół i chłonąć kolory i zapachy, myślałam, żeby nie zemdleć.

  • Traktowanie zwierząt. Niestety w Maroku nikt za bardzo nie troszczy się o prawa zwierząt. Słyszeliście o kozach, które siedzą na drzewach? Oczywiście siedzą, ale latem, gdy na ziemi nie ma szans znaleźć pożywienia. Ale turystom się to podoba, zapłacą pieniądze za zdjęcie, więc kozy są na te drzewa wrzucane. Można też oswoić małpy i trzymać je na łańcuchu, aby zarzucać turystom na plecy. Skoro można na tym zarobić, to czemu nie? Popularne są także bajkowe bryczki ciągnięte przez konie. Niestety wiele z nich na noc jest ustawiana na ulicy ciasnym rzędem. Ciekawe jak często udaje im się trafić na chwilę do stajni.

Zdjęcie zrobione pomimo mojego sprzeciwu.

  • Nigdzie nie ma cen. Idziesz do sklepu i nie wiesz czy sprzedawca wyciąga od Ciebie kasę, bo jesteś turystą, czy rzeczywiście coś tyle kosztuje. Zdarza się, że w restauracjach też nie ma menu. Albo mają 2, jeśli pierwsze jest dla Ciebie za drogie! Dlatego dobrze zrobić sobie rozeznanie w cenach przed wyjazdem. Oczywiście należy się targować, ale nie znając realnej ceny, nie zawsze wiadomo ile możemy proponować. Ciekawy przykład - pytałam w sklepie o Kohl do makijażu, cena 120DH. Za produkt tej samej marki zapłaciłam na straganie bez targowania 10DH!

  • Nie ma nic za darmo. Wszyscy chętnie oprowadzą Cię po mieście, pokażą, gdzie jest tani hotel, gdzie można zjeść. Ale oczywiście nie za darmo! I o ile wyżej wymienione rzeczy można uznać za warte zapłaty, to usłyszenie, że na kolejnym skrzyżowaniu masz skręcić w prawo i teraz masz się odwdzięczyć, uważam za pomyłkę. Szczególnie, że po daniu 5 DH (ok. 2,30 zł) możesz zostać lekko wyzwana i usłyszysz, że chce papierek (czyli 20 DH, ok 9,20 zł). Po pewnym czasie nawet boisz się do nich uśmiechnąć, bo masz wrażenie, że za odwzajemnienie uśmiechu każą sobie zapłacić.

  • Wypadek? Jedziemy dalej! Widziałam jak w wąskiej uliczce samochód uderzył w wózek dostawczy, wgniótł sobie zderzak, ale zatrzymał się nie dłużej niż na 2 sekundy, po czym pojechał dalej. Widziałam jak samochód wjechał w tył innego. Zatrzymali się na środku drogi, obejrzeli co się stało i wkrótce pojechali. Miałam też nieszczęście uczestniczyć w wypadku autokaru. Było ciemno, jechaliśmy słynną przełęczą pomiędzy Marrakeszem a Warzazatem. Jechaliśmy już jakieś 8 h, próbowałam się zdrzemnąć, kiedy usłyszałam klakson, a następnie poczułam uderzenie w bok autokaru. Jedynie turyści z Europy zaczęli się między sobą pytać czy wszyscy są cali, reszta wyszła. Myśleliśmy, że poczekamy na przyjazd policji i autokar zastępczy. Wyszliśmy z innymi rozprostować kości i po drodze widzieliśmy, że wszystkie szyby z jednej strony autokaru zostały wybite. Mieliśmy szczęście, bo jeszcze godzinę wcześniej siedzieliśmy po tej zniszczonej stronie autobusu. Było zimno, więc wróciliśmy do środka. Autokar nagle odjechał bez sprawdzania czy wszyscy pasażerowie wrócili. Zatrzymał się kawałek dalej, koło jakiejś restauracji. Myśleliśmy, że tam poczekamy na zmianę autokaru. Oczywiście od obsługi nie można się było niczego dowiedzieć. Po ok. pół godziny ruszyliśmy dalej. Część pasażerów nie miała gdzie siedzieć, bo na ich siedzeniach były kawałki szkła. W całym autokarze było strasznie zimno, w końcu z jednej strony był niezły nawiew. I tak jechaliśmy jakieś 2 godziny, aż dojechaliśmy do Marrakeszu.

Ostatnie okno w autokarze rozpadło się, gdy kierowca dotknął je długopisem.



Za co polubiłam Maroko?

  • Koty! Z jednej strony aż serce mi się krajało jak widziałam, że wiele z nich jest niedożywionych czy chorych. Ale wiele z nich była kochana i aż się prosiła o dotyk człowieka. Nie wiem czy wiecie, ale koty wpływają na nasze zdrowie! Ich mruczenie ma korzystny wpływ m.in. na gojenie się złamań. I problemy żołądkowe - true story!





  • Zakupy. Maroko można uznać za raj zakupowy. Praktycznie każde miasto ma souk, czyli targ, który jest otwarty codziennie (w piątki tylko do czasu wielkiej modlitwy). I można tam kupić wszystko. Wyposażenie domu, ubrania, biżuterię, kosmetyki, jedzenie. Wszystko jest dobrej jakości i jeśli potrafimy się targować, możemy kupić to całkiem tanio :)





  • Pogoda. W Maroku byłam na przełomie listopada i grudnia i mogłam cieszyć się słońcem ogrzewającym moją twarz i ręce. W wielu momentach żałowałam, że nie mam ze sobą krótkich spodenek, których z sobą nie wzięłam, aby nie wywoływać sensacji ;). Jednakże podejrzewam, że latem bym się tam roztopiła.

  • Wiedzieli, że jestem z Polski! Co prawda tylko w Marrakeszu i Fezie obyło się bez pomyłek, w innych miastach wskazywali na Niemcy, Anglię czy Finlandię. Jednak jest to bardzo miła odmiana po tym, jak w europejskich krajach witają mnie po rosyjsku lub krzyczą za mną "Vive Putin!" w sytuacji, gdy nawet się nie odezwałam i nie mogli mnie ocenić ze względu na język czy akcent. PS. Nie mam nic do samej Rosji ;)

Jestem ciekawa czy zgadzacie się z moimi spostrzeżeniami. A może macie swoje własne?


2 komentarze :

  1. Hej kochana! Nie byłam w Maroko ale całkowiecie się z toba zgadzam! Byłam za to w Tunezji 2 lata temu i dokładnie bardzo podobne warunki tam panuja. Co do zwierzat to również bez mojej zgody, jakiegoś dziwnego puchatego króliczka położyli na mojej głowie oczywiście w ramach do zdjęć oraz jastrzębia na ramię i na rękę. Powietrze bardzo nie świerze ale przy hotelu, na plaży i basenach było bardzo czyściutko. Jedzenie dobre, choć dopadła mnie powiedzeniowa klatwa faraona, ale leki szybciutko zadzialały! Widoki piękne a koty uważaja chyba za święte. Mimo małych minusików byłam bardzo zadowolona, głównie z atrakcji turystycznych:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety nie miałam okazji odwiedzić jeszcze Tunezji, ale podejrzewam, że kulturowo kraje te są do siebie podobne. Bardzo się cieszę, że udał Ci się pobyt. Dobrze, że wspomniałaś o atrakcjach turystycznych, bo historie z Tunezji słyszałam jedynie w stylu "i nawet z hotelu nie wyszedłem".

      Usuń

Zobacz więcej

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...